Królewskie Quo Vadis 2015


Poniższy tekst jest autorstwa Sutiego. Jest to tylko i wyłącznie moja autorska opinia, a nie oficjalne stanowisko serwisu Halamadrid.pl

Zastanawialiście się kiedyś jak to się stało, że oddaliście serca Realowi Madryt? Co było powodem impulsu, który narodził się w Was i pchnął w kierunku miłości do tego klubu ? Wreszcie, czy zastanawialiście się jakie były Wasze początki z Królewskimi?
Ostatnimi czasy przystanąłem nad jedną z takich właśnie myśli, która urodziła się w mojej głowie całkiem niespodziewanie. Niczym największy z filozofów o jakich przyszło Nam się uczyć w szkole, zacząłem rozmyślać, czym że jest moja miłość do Realu Madryt. Niemal od razu uświadomiłem sobie, że ten klub jest moją pierwszą i jak na razie jedyną miłością. Wszakże przecież jest jak kobieta tak delikatna, a zarazem tak mocna i pewna siebie. Jak tu „Jej” nie kochać skoro przychodzi do Ciebie odziana w piękne białe szaty, będąc w dobrym nastroju prezentuje Ci przez 90 minut swoje największe atuty i wdzięki. Chyba nikt by się nie przeciwstawił ☺ Ma też niestety jak każda Pani swoje humory i wady, więc po burzliwych wieczorach rozstawaliśmy się na pewien czas by nie zerwać ze sobą raz na zawsze. Wciąż tylko zastanawiałem  się czymże jest moja miłość do tego klubu, i jak mocna musi być skoro trwa nieprzerwanie od ’99 roku po dziś dzień? Doszedłem do wniosku, że skoro Real Madryt jest jak najcudowniejsza kobieta to trzeba mu wybaczać  kolejne fochy i dąsy. Jednak jak tu się nie zdenerwować, skoro ta ‚Dama’ rok w rok w lipcu kupuje najdroższe i najlepszej marki torebki, by paradować z nimi cały kolejny sezon,  a goście bankietów, na których często bywa i tak ostatnimi czasy dostrzegają i obnażają jej braki.
Od początku 2015 roku coś w Realu Madryt nie funkcjonuje. Po passie 22 zwycięskich meczów z rzędu już w styczniu dopadł Nas pierwszy poważny kryzys. Któż by się wtedy spodziewał, że jedna porażka z Walencją w lidze będzie nomen omen zwiastunem tragicznego wręcz roku dla zespołu i całego Madridismo. Na pierwszy tego dowód nie musieliśmy czekać zbyt długo, bo już w maju nie wiadomo czym kierujący się Florentino Perez postanowił zwolnić „ojca La Decimy”, Carlo Ancelottiego. Wyrzucił człowieka na którego Madridistas czekali być może od czasów Vicente Del Bosque. Co za złe moce kierowały wtedy prezesem? Tego już się pewnie nie dowiemy…
Jakby tego było mało trenerem Królewskich i tak będącego już szarganym wydarzeniami z pierwszego półrocza został, ten którego Los Blancos nie życzyli by pewnie nawet najwięksi wrogowie, a więc sam Rafael Benitez. Człowiek, który słynie z zamiłowania do dyscypliny taktycznej, ale który niczym nie przypomina ojca zespołu. Co najwyżej tyrana, który wciąż pogania swoich niewolników stojąc nad nimi z batem i bijąc po plecach, kiedy tylko któryś z nich zwolni będąc w słabszej dyspozycji. Przyjście tego człowieka do Madrytu jest dla mnie całkowicie nie zrozumiałe i według mnie nie zmierza to w  dobrym kierunku. Jednak jeśli ktoś myślał, że odpadnięcie w ½ Ligi Mistrzów po bramkach, które zaaplikował Nam nasz wychowanek tak bardzo przecież niechciany w Madrycie a przez większość nazywany kolokwialnie „drewnem”  a także przyjście Rafy Beniteza to najgorsze co nas w tym roku spotka, to jak okazało się z perspektywy czasu był w grubym błędzie. Po serii żenujących wręcz wpadkach z niedoszłym transferem De Gei i jeszcze śmieszniejszej dyskwalifikacji z rozgrywek Pucharu Króla rok ten okazał się kompletną katastrofą(nie wspominając nawet o łomocie z Barceloną).
Cóż więc rzec? Na usta ciśnie się tylko: Dokąd zmierzasz Madrycie? Bo na pewno nie tam gdzie całe Madridismo oczekuje i głęboko wierzy, że dotrzesz. Na tę chwile wygląda to, jak szukanie ścieżki idąc przez gęsty las i nie potrafiąc jej sobie zarazem utorować, a wystarczyłoby przecież tylko odgarnąć zarośla na bok i przeć przed siebie. Łatwo się to wszystko mówi, prawda?