Relacja z Superpucharu Hiszpanii

Kiedy tylko na stronie Águila Blanca zobaczyłem informację o możliwości wyjazdu na mecze Superpucharu Hiszpanii nie zastanawiałem się zbyt długo i jeszcze tego samego dnia wysłałem zgłoszenie na spotkanie rewanżowe w Madrycie. Samo zgłoszenie nie dawało jeszcze pewności wyjazdu, gdyż jak nie trudno się domyślić liczba wejściówek otrzymana przez stowarzyszenie była ograniczona, więc z ogromnym napięciem czekałem na ogłoszenie listy uczestników. Dodam tylko dla formalności, że w Madrycie na spotkaniu Królewskich byłem już w minionym roku (1:1 z Villarealem), ale nie trzeba mówić, że Klasyk na żywo to marzenie każdego fana Realu.

Trzy dni później sprawdzając skrzynkę mailową znalazłem to na co czekałem, czyli odpowiedź zwrotną, a w niej zdanie, które mocno mnie uradowało: Gratuluję zostałeś wylosowany wśród wszystkich chętnych do wyjazdu na mecz z FC Barceloną! 

Oprócz samego spotkania wyjazd obejmował pięć dni w stolicy europejskiego futbolu, co było niezbędne, gdyż dokładna data obu spotkań pojawiła się niemal przed samym wylotem. Nasza przygoda rozpoczęła się w poniedziałek, 14.08, tego dnia wylecieliśmy z lotniska Warszawa-Modlin by po ponad trzech godzinach lotu zameldować się na madryckim Barajas. W swojej relacji nie będę skupiał się na walorach turystycznych Madrytu, gdyż o zwiedzaniu i urokach miasta możecie poczytać w tekstach naszej koleżanki:

Podróż do stolicy Europy cz.1

Podróż do stolicy Europy cz.2

Podróż do stolicy Europy cz.3

Podróż do stolicy Europy cz.4

Magiczne Estadio Santiago Bernabéu

Nie wiem co jest takiego w tym stadionie, ale ma on w sobie coś magicznego. Przed swoją pierwszą wizytą w Madrycie widziałem go, zresztą jak pewnie większość z was, setki razy… na zdjęciach, filmach czy transmisjach z meczów, ale żadne nawet najlepsze zdjęcie nie odda tego co rzeczywistość. Już podczas podróży metrem pod stadion, kiedy z głośników rozlega się: „Próxima estación-Santiago Bernabéu” na twarzy mimowolnie pojawia się uśmiech, któremu towarzyszy uczucie ekscytacji. Za chwilę wyjście, schody i… jest on..  madrycki kolos, niemy świadek sukcesów Królewskich, na którego murawie swoje spotkania rozgrywa najlepsza drużyna świata. Magia, o której wspomniałem polega na tym, że nie sposób oderwać od niego wzroku, zwłaszcza za pierwszym razem, można by tak stać i patrzeć, i patrzeć, i patrzeć…. Choć nowe Bernabéu, które powstanie po niebawem mającej się rozpocząć przebudowie również będzie piękne i widowiskowe, to podejrzewam że już nie będzie miało tego pierwiastka magii, który unosi się przy Concha Espina 1 w Madrycie…

Valdebebas

BRama wyjazdowa ośrodka treningowego Realu Madryt

Słynne miasteczko treningowe Realu Madryt jest dość mocno oddalone od centrum miasta. Jednak dzięki podmiejskiej kolejce można dostać się niemal pod sam kompleks. Właśnie tam przy okazji każdego treningu piłkarzy Królewskich zbierają się fani zespołu z Madrytu, którzy liczą na uśmiech szczęścia w postaci zdjęcia z piłkarzem lub autografu. Nie jest to, ani łatwe ani przyjemne. Jak wiadomo w Madrycie panują bardzo wysokie temperatury, a pod ośrodkiem treningowym nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie można schronić się w błogim cieniu, dlatego wybierając się tam koniecznie trzeba zaopatrzyć się w napoje chłodzące, gdyż chcąc zrobić sobie fotkę, z którymś z idoli nierzadko trzeba spędzić tam kilka godzin, a i tak nie ma gwarancji sukcesu. Podczas tego wyjazdu pod Valdebebas udaliśmy się dwa razy, po raz pierwszy dzień przed meczem. Wtedy spotkaliśmy tam naprawdę ogromną ilość kibiców, która zaskoczyła nawet największych spośród nas weteranów wyjazdów do Madrytu. Tamtego dnia ze względu na ilość ludzi nie nastawialiśmy się zbytnio na nic. Jedynym zawodnikiem, który podczas naszej wizyty zatrzymał się na chwilkę był Luca Zidane, nowy trzeci bramkarz pierwszego zespołu Realu Madryt.

Luca Zidane z kibicami

Oczywiście sam fakt, że dany piłkarz się zatrzyma nie gwarantuje zdjęcia czy autografu, żeby dostać się do samochodu potrzeba szybkich nóg, odrobiny szczęścia, a nie rzadko i twardych łokci. Największe poruszenie oczywiście wywołuje zawsze Cristiano Ronaldo. Poniżej możecie zobaczyć reakcje kibiców na pojawienie się portugalskiego cracka:

Po raz drugi pod Valdebebas udaliśmy się dzień po meczu. Kibiców było znacznie mniej niż podczas pierwszej wizyty, co dawało większe nadzieję na zdjęcie z którymś z zawodników, choć jak informowali bardziej obeznani w tym temacie koledzy: na to nie ma reguły. Jednak udało się. Jako pierwszy przy wyjeździe zatrzymał się Chendo, czyli legenda Realu Madryt, który cierpliwie czekał aż wszyscy chętni zrobią sobie z nim zdjęcie. Szczęście uśmiechnęło się do nas po raz drugi, kiedy ośrodek opuszczał jeden najnowszych nabytków Królewskich, Theo Hernández. Obrońca również zatrzymał się na tyle długo, aby każdy chętny mógł zrobić sobie zdjęcie czy podsunąć coś do popisania. Z jednej strony wraz ze znajomymi trochę narzekaliśmy, że więcej zawodników się nie zatrzymało, gdyż im zajmuje to tylko chwilę, myślę że postój Theo trwał nie więcej niż pięć minut, ale z drugiej strony byliśmy świadkami scen, które mogą wyjaśniać niechęć piłkarzy do interakcji z fanami. Jedna kobieta, kiedy zatrzymał się Theo, wręcz łokciami torowała sobie drogę do zawodnika, ale kiedy na przykład Casemiro ominął ją (stała nieco dalej od tłumu) uraczyła go środkowym palcem, a kiedy nieco później to samo zrobił Bale, ta wręcz zaczęła uderzać w jego samochód, kiedy zwolnił przed rondem. Po tym incydencie większość pozostałych piłkarzy zdecydowała się na wyjazd drugą bramą, przy której zazwyczaj jest mniej kibiców.

MECZ

W dniu spotkania od samego rana towarzyszyła mi, z pewnością dobrze znana i wam, ekscytacja potęgowana obecnością w samym epicentrum wydarzeń. Podczas porannej wizyty w kiosku na Puerta del Sol, której celem było zakupienie madryckiej prasy sportowej można było zobaczyć nieco więcej osób w koszulkach Realu Madryt, choć oczywiście nie była to jeszcze rzucająca się w oczy liczba. Znacznie większą koncentrację białych, czarnych i niebieskich trykotów można było dostrzec już podczas podróży metrem na stadion, choć trzeba przyznać, że nie brakowało również tych granatowo-bordowych:

 

Madryckie metro przed meczem

Zdecydowanie największą popularnością wśród fanów Realu Madryt cieszą się koszulki z numerami 7 i 20, czyli takie który przywdziewają Cristiano Ronaldo oraz Marco Asensio. Pod stadionem zameldowaliśmy się dwie godziny przed meczem, aby odebrać nasze przepustki do marzeń czyli bilety na mecz:

Bilet do szczęścia

Pique, Shakira i Florentino dimissión

Po odebraniu biletów rozeszliśmy się. Ja wraz z kilkoma osobami udaliśmy się w miejsce, w którym przed meczami zbierają się kibice z Ultras Sur. Jest to chyba najbardziej kojarzona z Realem Madryt zorganizowana grupa kibicowska, która jeszcze stosunkowo niedawno gwarantowała kibicowską atmosferę na stadionie prowadząc doping i tworząc przepiękne oprawy. Jednak od kilku lat członkowie Ultras Sur mają zakaz wstępu na stadion ze względu na swoje skrajne poglądy, które często prezentowali na meczach i są w konflikcie z władzami klubu.

 

Ultrasi skandowali różne przyśpiewki, nie zabrakło również pirotechniki w postaci rac. Swoją opinię o obecnych władzach klubu wyrażali kilkukrotnie okrzykami: „Florentino dimissión” popartymi wymownym, bardzo popularnym gestem, który nie pozostawia złudzeń co do tego, jakie mają zdanie o prezesie Realu Madryt. Skandowano również nazwiska José Mourinho i Álvaro Arbeloi, których madryccy kibice darzą uczuciami zgoła odmiennymi niż zarząd klubu.

Nie zabrakło również pozdrowień dla uwielbianego w Madrycie Gerarda Piqué i jego partnerki:

A także życzliwości dla drużyny przyjezdnej:

 

 

Oczywiście oprócz pozdrowień pod adresem rywala i jego zawodników nie zabrakło też innych przyśpiewek:

Samo wejście na stadion nie zajęło zbyt wiele czasu zważywszy na ilość kibiców, która miała obejrzeć spotkanie z trybun. Szybko zająłem swoje miejsce w oczekiwaniu na zbliżający się spektakl. Jako pierwszy na rozgrzewkę wybiegł przywitany gwizdami bramkarz Barcelony. Podobno przywitanie kibice zgotowali, gdy na murawie pojawili się sędziowie, a później reszta składu gości:

Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany moment, kiedy w akompaniamencie hymnu Królewskich na murawę wyszli zawodnicy obu zespołów:

A potem się zaczęło… O samym spotkaniu za wiele rozpisywał się nie będę, bo przecież każdy z was je oglądał i widział co Real zrobił Barcelonie. Gra Królewskich zwłaszcza w pierwszej połowie to była poezja, a fakt że mogłem oglądać z trybun jak zawodnicy Zidane’a pokonują największego rywala z taką lekkością jakby byli na treningu pozostanie w mojej pamięci do końca życia.

Warto wspomnieć o siódmej minucie spotkania. Wtedy najpierw po trybunach rozległo się tradycyjne „Illa illa illa Juanito Maravilla”, a po chwili wszyscy kibice na znak solidarności i oburzenia wobec zawieszenia Cristiano Ronaldo wyjęli białe chusteczki i zaczęli nimi machać skandując Crisitano. 

Kibice w sektorze RMCF Fans prowadzili doping przez całe spotkanie. Trzeba jednak przyznać, że pozostała część stadionu bardzo rzadko się w niego angażowała. Człowiekiem, który jednoczył wszystkich kibiców był Gererd Piqué, za każdy razem kiedy zawodnik Barcelony był przy piłce z trybun rozlegały się gwizdy i buczenie. Kiedy Katalończyk w drugiej połowie opuszczał boisko, publiczność pożegnała go gromkim: Se queda.

Każdy z trzech zawodników Królewskich opuszczających plac gry został uhonorowany owacją na stojąco, trzeba jednak przyznać, że największe poruszenie wśród kibiców wywołał strzelec przepięknej bramki, Marco Asensio:

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, spotkanie zleciało mi bardzo szybko. Po meczu zawodnicy Królewskich unieśli w górę kolejne trofeum, z głośników rozległo się tradycyjne We are the Champions, a my wraz z tłumem innych kibiców udaliśmy się na Plaza de Cibeles, gdzie rezyduje bogini Kybele wraz z którą kibice Realu Madryt świętują wszystkie tryumfy. Pod samym pomnikiem za wiele jednak się nie działo, ze względu na fakt, że nie było wspólnej celebracji z piłkarzami.

Wizyta na Cibeles w nocy ma tę przewagę, że nie widać tak dobrze baneru znajdującego się na madryckim ratuszu.

Pozostałe dni wyjazdu zleciały bardzo szybko i niebawem trzeba było się żegnać i powiedzieć stolicy futbolu: Do zobaczenia!

A.R.