Ból i zgrzytanie zębami – podsumowanie meczu z Tottenhamem

Embed from Getty Images

Mecz czwartej kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów rozegrany na stadionie Wembley w Londynie zakończył się wynikiem 3:1. 

Wielkie spotkanie, finał grupy, bój o pierwsze miejsce, starcie Cristiano Ronaldo i Harry’ego Kane’a…  W Londynie od rana nie istniał żaden inny temat – był tylko ON, ten mecz, to wydarzenie. Atmosfera podsycana przez ostatnią poniżającą porażkę Królewskich w Lidze i fantastyczne statystyki Kane’a (17 goli w 13 meczach) sprawiła, że żaden kibic piłki nożnej, a już w szczególności Madridista nie mógł myśleć o niczym innym. I stało się! Punktualnie o 20:45 na historycznym Wembley dało się słyszeć pierwszy gwizdek. Już tutaj zaczęły się schody…

Choć pierwsze minuty nie były najgorsze, swój strzał oddał na bramkę nawet Isco, to wkrótce wszystko zaczęło się sypać. Gospodarze bardzo szybko ostudzili entuzjazm piłkarzy z Madrytu i pokazali, że tych trzech punktów tak łatwo nie oddadzą. Kolejne minuty przyniosły wiele akcji ,,Kogutom”, a wysłane w 14 minucie ostrzeżenie, czyli groźne dośrodkowanie, któremu zabrakło domknięcia, nie zostało odczytane przez zawodników Realu Madryt. Otwarcie wyniku nastąpiło już w 27 minucie po dokładnie bliźniaczej sytuacji. Kieran Trippier dośrodkował piłkę wprost pod nogi Alli’ego, który obstawiony po bokach przez Ramosa i Nacho po prostu wkopał ją do bramki. W 32 minucie świetnym dryblingiem i strzałem na bramkę popisał się Cristiano Ronaldo, ale futbolówka odbiła się jedynie od bocznej siatki. Zasłużony wynik 1:0 dla londyńczyków (choć w tym przypadku pomógł sędzia) towarzyszył nam już do upragnionej przerwy.

Jeśli tak jak ja liczyliście, że krótka pogadanka z Zidanem (po co długa rozmowa, przecież ,,wszystko jest ok i brakuje nam jedynie koncentracji przy kilku sytuacjach”) spowoduje wielki powrót Królewskich, to niestety byliście w błędzie. Powiedzieć, że nasi piłkarze pierwszą połowę zagrali źle byłoby niestosowne w porównaniu do tego, co odegrało się w drugiej części spotkania. Los Blancos poruszający się jak we mgle, bez porozumienia między sobą i bez jakichkolwiek chęci do zbudowania czegoś sensownego kompletnie stracili jakiekolwiek panowanie nad tym meczem (o ile o czymś takim można było w ogóle mówić). W 56 minucie po indywidualnej akcji Dele Alli’ego, który dostał piłkę w okolicach 40 metra padł gol na 2:0. 9 minut później drużyna ze stolicy Hiszpanii została ostatecznie pogrążona. Cudowne podanie od Kane’a zakończył równie piękny strzał autorstwa Christiana Eriksena. Po kolejnych minutach upokorzenia Zinedine Zidane stwierdził, że chyba nie jest jeszcze za późno na wprowadzenie zmian i powalczenie o namiastkę honoru w tym meczu. Na boisku zameldowali się Marco Asensio oraz Borja Mayoral (odpowiednio za Isco i Karima Benzemę), a chwilę później dołączył do nich Theo, który zmienił Lukę Modricia. W 80 minucie po dośrodkowaniu Marcelo stratę na 3:1 zmniejszył Ronaldo i mimo że, to trafienie ewidentnie poderwało piłkarzy do walki, to do końca spotkania wynik pozostał niezmienny. Ostatni gwizdek i Wembley wypełniło się głośnym wiwatowaniem kibiców Tottenhamu…

Na pocieszenie po tym dramacie, którego byliśmy świadkami można powiedzieć, że pierwszy gol dla gospodarzy padł ze spalonego, a Tottenham stał się angielską drużyną, której Ronaldo strzelił najwięcej bramek (liczbą 10). Tylko czy w obliczu tego co się stało ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Chciałoby się napisać, że mimo wszystko jesteśmy zadowoleni, bo nasza drużyna walczyła do ostatniej minuty, że w sumie to nie było aż tak źle, że Tottenham wcale nie był lepszy, ale… nie można. Czekałam na fantastyczne spotkanie, w którym ponownie pokażemy kto rządzi w Europie i jak bardzo wartościowych i zdolnych zawodników mamy. W zamian zobaczyłam straszną obronę, w której dominował dramatyczny Marcelo, dobijającego Kroosa i Modricia, który widocznie nie mógł poradzić sobie z powracającymi flashbackami z czasów gry dla Tottenhamu. Obecnie martwi już wszystko, obrona, pomoc, atak, brak pomysłu, brak rozegrania, brak zaangażowania, brak chęci, zero kreatywności, stanie w miejscu zamiast przebiegnięcia tych kilku metrów do piłki. A najbardziej martwi sam Zidane, który konsekwentnie udaje, że nie widzi najmniejszego problemu. Za późno wprowadzone zmiany, lęk przed posadzeniem niektórych piłkarzy, a być może brak idei jak zmotywować, wstrząsnąć i ustawić do pionu. Real Madryt zawiódł dziś na całej linii. Najwyższy czas przyznać, że mamy problem. I to bardzo poważny. 

Jeśli chodzi o podsumowanie tego (jednostronnego) pojedynku to szczególnie w głowie utkwił mi jeden obrazek. Była chyba 75 minuta i kamera skierowała się na pewną dziewczynę, która na szyi miała owinięty szalik Realu. Była załamana i nie potrafiła przestać płakać mimo pocieszających ją innych kibiców. Komentator powiedział: ,,No tak, jest 3:0, ale żeby od razu tak płakać z tego powodu?” Wynik spotkania, wstyd i upokorzenie, świetna gra Tottenhamu – być może faktycznie, nie są to powody do płaczu. Finał Ligi Mistrzów Real Madryt – Juventus (4:1), Superpuchar Hiszpanii Real Madryt – FC Barcelona (5:1 w dwumeczu… To z pewnością. Cudowne wspomnienia, przez które kręci mi się łezka w oku. Wydaje się jakby to było wczoraj, ale oglądając ten mecz uświadomiłam sobie, że od tych fantastycznych popisów minęło już kilka tygodni. Nie wiem co się zmieniło od tego czasu, bo pozornie przecież nie tak dużo. Jest Zizou, jest Cristiano, jest Asensio, są prawie wszyscy. Nie ma natomiast już drużyny. Kiedy wróci? Mam nadzieję, że już niedługo. Tymczasem serdecznie gratuluję kibicom i drużynie Tottenhamu, piękny mecz.

Mimo wszystko Hala Madrid, musi być lepiej, bo gorzej chyba już być nie może. Już w niedzielę spotkanie z Las Palmas, miejmy nadzieję na lepszą grę naszej drużyny.

Tottenham Hotspur vs Real Madryt 3:1 (1:0) – 01.11.2017

1:0 – Dele Alli 27′

2:0 – Dele Alli 56′ 

3:0 – Christian Eriksen 65′

3:1 – Cristiano Ronaldo 80′