By w spokoju przyjąć przerwę reprezentacyjną


Real Zidane’a przegrał dziesięć meczów, ze stu pięciu dotychczasowych. Jak dotąd za Zizou, tylko raz zdarzyło się „Królewskim” polec w dwóch kolejnych spotkaniach – miało to miejsce w styczniu tego roku, kiedy w ciągu trzech dni trzeba było uznać wyższość Sevilli i Celty. Przyczyny tamtych porażek? Od napiętego terminarza, przez formę rywali będących na fali, po typowo madryckie przypadłości  – brak nastawienia, złe wejścia w spotkania i też zwyczajny pech.

Dziesięć miesięcy później znów trzeba przełykać gorycz porażek, chyba jeszcze bardziej uwierających i to nie tylko gardło. Madrytczycy giną od własnej broni (legendarnych już remontad) w starciu z beniaminkiem ligi hiszpańskiej, Gironą i komplikują sobie sytuację w lidze, a trzy doby później Tottenham totalnie rozbija „Los Blancos” w finale grupy Ligi Mistrzów i obejmuje w niej prowadzenie. Trudno powiedzieć, co mogło bardziej boleć – fakt, że już po dziesięciu kolejkach jest osiem punktów straty do Barcelony (historycznie, strata nie do odrobienia w walce o mistrzostwo), czy brak w Champions League tego Realu, jakiego z tych rozgrywek i decydujących w nich meczów znamy.


Internetowe podręczniki samorozwoju i motywacji jednak uczą, że porażki są po to, aby po nich być jeszcze lepszym. Tezę tę można obronić – Real między porażkami z Betisem i Gironą wygrał siedem spotkań i jedno zremisował. Wyniki się utrzymywały, ale tylko to. Jak wiemy, na palcach jednej dłoni można wyliczyć spotkania, które zagrane przez „Blancos” w tym sezonie są do uznania za, co najmniej, dobre. Stałą jest, że podopieczni Zizou oddają inicjatywę, nie utrzymują koncentracji na tyłach i brakuje im szerszego wachlarza strategii ofensywnych.

Jak długo się taki stan rzeczy może w Madrycie utrzymywać? Jeśli myśleć optymistycznie… jeden mecz? Tak, ten dzisiejszy z Las Palmas. A można tak zakładać z dwóch powodów. Pierwszym jest forma przeciwnika – „Kanarki” zajmują przedostatnie miejsce w tabeli, zespół przegrał sześć ostatnich starć ligowych (w międzyczasie wygrał jeden mecz w Pucharze Króla), a ich szkoleniowiec, Pako Ayestarán, jest pierwszym w historii hiszpańskiej ekstraklasy szkoleniowcem, który przegrał jedenaście kolejnych spotkań w Primera División. Dodatkowo, Las Palmas nigdy jeszcze na Bernabéu nie wygrało. Suche liczby, niegrające oczywiście na boisku, ale w jakiś sposób mogące podbudowywać. Drugim powodem jest fakt, że to ostatnie ligowe spotkanie przed przerwą na mecze reprezentacji narodowych. Kto ma odpocząć, odpocznie, a kto będzie musiał utrzymać rytm, z pewnością będzie miał ku temu możliwość (jak wiemy, nie wszyscy madridistas otrzymali powołania na baraże/towarzyskie spotkania kadr). Potem powrót do stolicy Hiszpanii, na przygotowania do powrotu do ligowego grania, które rozpoczną derby Madrytu na Wanda Metropolitano (ale o tym kiedy indziej).

W zeszłym sezonie Las Palmas prowadzone przez Quique Setiéna ani razu nie uległo Realowi. 2:2 na Wyspach Kanaryjskich i 3:3 uratowane w Madrycie dzięki dubletowi Cristiano nie przeszkodziły ostatecznie w zdobyciu mistrzostwa. Teraz jest inaczej u obu dzisiejszych rywali. „Królewskim” nadarza się doskonała okazja na rozegranie przynajmniej pewnego spotkania, bez nerwówki o wynik i ze spokojną drogą po trzy punkty.

Transmisja spotkania od godziny 20:40 na kanale Eleven, z komentarzem Mateusza Święcickiego i Tomasza Ćwiąkały.