Szczęsny: Teściowa nie poprowadzi drużyny gwiazd

Maciej Szczęsny o sytuacji Beníteza w Realu Madryt.

Po klęsce Realu Madryt z Barceloną Cristiano Ronaldo miał powiedzieć o Benitezie „albo on, albo ja”. Nikt tego nie potwierdził, za to Florentino Perez powiedział jasno na konferencji prasowej, że trener ma poparcie klubu. Nie słyszałem, żeby po słowach prezesa Ronaldo się spakował. Myślę, że przy Realu i innych wielkich klubach jest dużo dziennikarskiego mieszania. Żeby się dużo działo, żeby był dym.

Benitez ma bardzo trudną sytuację, bo zajmuje eksponowane stanowisko. Jednym z najgłupszych stwierdzeń jest to, że zespół złożony z gwiazd do sukcesów może poprowadzić każdy trener. Legia awansując do Ligi Mistrzów 20 lat temu była zbiorem 15-16 zawodników, z których każdy mógł być powoływany do reprezentacji Polski i każdy miał prawo oczekiwać, że znajdzie się w wyjściowej „jedenastce” i w lidze, i w Lidze Mistrzów. Przysłowiowa teściowa takiego zespołu by nie poprowadziła do sukcesów, bo nie zna psychologii sportu, psychologii grupy, nie zasmakowała i radości ze strzelania bramek, i goryczy wynikającej z poczucia drobnego upokorzenia typu „jestem świetny, a siedzę na ławce”.

 

Uważam, że im bardziej gwiazdorska drużyna, tym większą sztuką jest jej prowadzenie. Czyli najtrudniej pracować w Barcelonie, Realu, Bayernie.

Z grona trenerów prowadzących te zespoły od dawna najmocniej obrywa Benitz. Czy on przeszkadza Realowi? Czy narzucając drużynie swoją wizję nie pozwala jej osiągać wyników, na jakie ją stać? Pamiętam, jak w Lidze Mistrzów Real przeciw Paris Saint Germain zagrał bardzo konsekwentnie i skutecznie, choć kompletnie niewidowiskowo i z dużym szczęściem. PSG wyglądało lepiej, ale wygrał Real. Wtedy wydawało się, że Benitez wpoił piłkarzom dyscyplinę, odpowiedzialność. Tak to widziałem – że próbuje wprowadzić rzetelność i liczy na to, że z przodu ma ludzi, którzy w każdej chwili potrafią wyczarować coś z niczego.

Z Barceloną oni nie mogli zrobić nic, bo trafili na niesamowicie dysponowanego rywala. I tak się wykazali, bo przegrali tylko 0:4, a nie 0:9 czy 0:10.

Chłop ma problem, bo jest w miejscu, gdzie oczekiwania są przeolbrzymie, a dostał straszne baty i cały czas coś mu wyrzucają. Ale tak naprawdę wpadkę zaliczył tylko z Barceloną, która dzisiaj każdemu spuściłaby manto. No może Bayern nie przegrałby 0:4, tylko 1:5.

Żartuję. Bayern jest jednak zupełnie innym zespołem jeśli chodzi o mentalność. Bayern wychodząc na treningi i na mecz nawet bez trenera prezentowałby to, co Niemcy zawsze pokazywali – wybieganie, siłę, konsekwencję, szczelność. Najwyżej jechaliby w tempie i z wdziękiem walca i przegrywaliby 0:1 czy 0:2. A z trenerem są tam ludzie, którzy świetnie umieją się posługiwać piłką, są świetni wydolnościowo i nie są tak chimeryczni jak Hiszpanie. Od Bayernu nawet Barcelona jest bardziej chimeryczna. Bo ma czas, kiedy gra w trochę inną grę niż reszta świata, ale też zdarza jej się przegrać 0:4 z Bilbao czy 1:4 z Celtą.

Autorem artykułu jest Maciej Szczęsny. Pełna wersja jego wypowiedzi znajduje się tutaj.