Czy Jose Mourinho zdoła poukładać wielkie gwiazdy Realu Madryt w zgraną drużynę?
Florentino Pérez znowu to zrobił – kiedy po bezpardonowo przegranym sezonie, okraszonym upokarzającą porażką dwa do zera z Barceloną decydującą o krajowym tytule, grunt zaczął mu się palić pod nogami, postanowił odpalić bombę atomową. Wygrane wybory prezydenckie wymagały mocnego akcentu, więc zamiast nudnego, przewidywalnego menedżera, który potulnie dziękowałby za każdą minutę spędzoną w luksusowej loży honorowej, na Santiago Bernabéu wraca on. Jose Mourinho podpisał trzyletni kontrakt mający obowiązywać do trzydziestego czerwca dwa tysiące dwudziestego dziewiątego roku i nagle cała ta madrycka kawiarnia, żyjąca dotychczas wspomnieniami o dawnych triumfach, zaczęła nerwowo przeliczać szanse na przetrwanie w nowym reżimie. Prawdę mówiąc, po zwolnieniu Xabiego Alonso w styczniu wskutek klęski w Superpucharze i bezbarwnej kadencji Álvaro Arbeloi, szatnia Królewskich przypomina raczej ekskluzywny salon pełen humorzastych celebrytów niż zgraną grupę sportowców gotowych umierać za barwy klubowe.
Trzynastoletnia rozłąka z Madrytem zmieniła obu partnerów – klub zdążył obrosnąć w kolejne trofea, a sam Portugalczyk zaliczył kilka bolesnych upadków, tracąc po drodze status absolutnego, nietykalnego taktyka. Trzynastego lipca, kiedy oficjalnie ruszą przygotowania do nowego sezonu, w szatni nie będzie miejsca na dawne sentymenty czy uśmiechy do kamer.
Taktyczny gorset dla ludzi wartych miliony
Zmusić ludzi pokroju Kyliana Mbappé oraz Viniciusa Júniora do czarnej roboty w defensywie – co u Portugalczyka stanowi przecież absolutny fundament jakiegokolwiek myślenia o trofeach – to zadanie dla człowieka o mentalności bezwzględnego generała. Dotychczasowi szkoleniowcy przymykali zwykle oko na leniwe powroty po stracie oraz radosną twórczość na połowie rywala, dopóki tablica wyników wskazywała korzystny rezultat. Nowy szef takich fikołków nie toleruje i jeśli ktoś uzna, że status megagwiazdy zwalnia go z powrotu za linię piłki, szybko pozna stopień twardości skórzanych foteli dla rezerwowych.
Osoby namiętnie analizujące zakłady na La Ligę próbują już teraz oszacować, czy ten specyficzny miks przetrwa do pierwszych zimowych przymrozków, czy może wszystko rozpadnie się z hukiem po niefortunnym potknięciu na zalanym deszczem boisku w Bilbao. Typerzy szukają na siłę analogii do jego pierwszej kadencji na Bernabéu, zapominając – co bywa zgubne przy planowaniu długoterminowych strategii – że współczesna generacja zawodników reaguje na krytykę w mediach zupełnie inaczej niż ludzie, z którymi pracował ponad dekadę temu. Prawdę mówiąc, dla kibica zmęczonego korporacyjną poprawnością współczesnego futbolu, ten eksperyment zapowiada się jako fascynujący spektakl, w którym dostaniemy albo bezwzględny pokaz taktycznej dyscypliny, albo widowiskowy kryzys gaszony za pomocą złośliwych komentarzy na konferencjach prasowych.
Medialne wojny domowe zamiast taktycznych rewolucji
Doświadczenie uczy, że Portugalczyk rzadko poprzestaje na rysowaniu schematów na tablicy w szatni, preferując tworzenie oblężonej twierdzy, w której wróg czai się za każdym rogiem – w biurach federacji czy salach redakcyjnych.
Taka strategia doskonale sprawdzała się w Mediolanie czy Londynie, ale madrycka prasa codzienna, reprezentowana przez dziennikarzy gazet sportowych, potrafi być wyjątkowo bezwzględna dla każdego, kto próbuje ograniczać jej dostęp do zakulisowych plotek. Konflikt z mediami wydaje się kwestią czasu, zwłaszcza gdy na jaw wyjdą pierwsze tarcia dotyczące minut spędzonych na boisku przez poszczególnych napastników. Królewscy kibice, przyzwyczajeni do estetycznych uniesień i radosnego, ofensywnego futbolu, mogą szybko stracić cierpliwość, oglądając mecze, w których priorytetem jest destrukcja oraz murowanie własnej bramki po strzeleniu jednego gola. Z perspektywy sztabu szkoleniowego kluczowe będzie błyskawiczne zbudowanie autorytetu u tych zawodników, którzy dotychczas rządzili klubowymi korytarzami, dyktując warunki kolejnym tymczasowym szkoleniowcom.
Nowy zaciąg i stare grzechy w słońcu Valdebebas
Żeby było jeszcze ciekawiej, Florentino Pérez nie czekał z założonymi rękami na oficjalne rozpoczęcie pracy przez nowego szkoleniowca i zdążył już solidnie przewietrzyć budżet transferowy. Sprowadzenie Marca Cucurelli z Chelsea za blisko sześćdziesiąt milionów euro oraz darmowe przechwycenie Bernardo Silvy po jego dziewięcioletnim pobycie w Manchesterze City to jasny sygnał, że Mourinho dostaje narzędzia skrojone pod swój specyficzny, defensywno-pragmatyczny styl. Bernardo Silva, skuszony perspektywą pracy ze swoim rodakiem, porzucił bezpieczną przystań w Anglii, by stać się nowym mózgiem operacyjnym w środku pola, gdzie czeka go mordercza praca przy asekuracji bocznych stref boiska.
Co z tego wynika dla dotychczasowych liderów? Dostajemy sytuację, w której dotychczasowe święte krowy madryckiego składu tracą monopol na grę, zmuszone do rywalizacji z facetami, którzy zjedli zęby na taktycznych rygorach Premier League. Logistyka tego przedsięwzięcia jest potężnym wyzwaniem, zwłaszcza że letnie okienko nakłada się na trwający właśnie turniej w Stanach Zjednoczonych, skąd większość kadrowiczów wróci zmęczona oraz poobijana. Mourinho nie ma jednak zamiaru czekać, oferując od pierwszego dnia twardą, cyniczną szkołę przetrwania, w której przetrwają wyłącznie ci gotowi na podporządkowanie własnego ego wyższym celom korporacyjnym.



